dzień 7 - Hiszpania interior

Sia la la la la la-a-a-aa 2x
Morza szum, ptaków śpiew
Złota plaża pośród drzew...

To właśnie my - tak jest zatytułowana płyta Czerwonych Gitar, na której znajduje się ta piosenka. Pasuje jak ulał. To właśnie my delektujemy się widokiem morza o świcie. Romantycznie?

Widok z legowiska Krzycha na wschodzące słońce.

d7

Ale się pysznie spało :-)  Morza szum i ptaków śpiew były. Złotej plaży na tym biwaczku nie było, ale dziś jeszcze może się uda chwilę poleniuchować na gorącym piachu. Pożyjemy zobaczymy.

Na razie nucąc Sia la la la la la-a-a-aa, Sia la la la la la-a-a-aa!!! bierzemy się za zwijanie gratów i przygotowanie śniadania. Ze względu na kamienistą glebę Olek nie rozstawił namiotu, Krzych nie rozstawił z powodu napadu słodkiego lenistwa, a ja z braku namiotu. W związku z tym zwijania nie ma dużo. Ostatnio sporo jechaliśmy i czasu na zakupy nie było. Jedzenia nie ma dużo więc dojadamy resztki - pieczywo z dżemem ze świni (smalczyk) i herbatniki z marmoladą. Koniecznie trzeba uzupełnić zapasy.

d6

Dobrze, że Mama Krzycha nie widzi w jakich warunkach synek musi spać. Nigdy więcej nie puściłaby go z nami na wycieczkę.

d7

A tak kima Olo budowniczy. Tej jednej nocy nie zbudował namiotu.

d7

Szybko żeśmy się uwinęli. Ruszamy. Droga niezwykle malownicza. Góra, dół, zakręt za zakrętem, cały czas nad morzem. Pięknie. Po pół godzinie kończy się nam Francja i zaczyna Hiszpania. Mijamy stary punkt graniczny. Dwie kamienne budki we współczesnym świecie wyglądają jak z innej epoki. Ja chyba też jestem z innej epoki, bo budki te doskonale pamiętam z czasów gdy jeszcze pełniły swoją funkcję. Uwaga, gdy nudzą Cię szanowny Czytelniku wspominki zramolałego turysty przerzuć się pod najbliższą fotkę.

Było to tak. Dawno, dawno temu, w czasach gdy miesięczna pensja w Polsce wynosiła 30 dolców (o euro jeszcze nikomu się nie śniło) każdy kto mógł szukał finansowego szczęścia na zachodzie. Wystarczyło popracować 2-3 miesiące i przywoziło się w woreczku uszytym przez matkę, żonę lub dziewczynę, zawieszonym na piersiach pod koszulą, kilkaset zielonych, co odpowiadało rocznym zarobkom. Jak to się działo, że w kraju zostawali jacyś pracownicy zamiast spędzać czas w zachodnim eldorado? O to dbały pospołu władze PRL jak i rządy krajów zachodnich. Nasi mieli w ręku narzędzie w postaci procedury paszportowej. Paszport mogli dać, ale mogli też, bez jakiegokolwiek tłumaczenia nie dać. Ci z zachodu mieli procedurę wizową. Wizę mogli dać, ale mogli też bez jakiegokolwiek tłumaczenia nie dać.

Ja któregoś roku tak się zasiedziałem w holenderskich rabatkach z hiacyntami, że opuściłem Holandię miesiąc po terminie ważności wizy. W kolejnym roku już mnie nie chcieli. To znaczy rolnik to by i chciał pilnego pracownika za połowę normalnej stawki, ale ambasada miała inne zdanie. Można było za to dostać miesięczna wizę hiszpańską i na jej podstawie wizy tranzytowe przez NRF, Holandię i Francję. Jak już znalazłem się w Holandii ukryłem maluszka za stodołą, tak żeby żaden policmajster go nie wypatrzył i tranzytowałem sobie przez trzy miechy napychając mieszek zawieszony na szyi pięknymi kolorowymi guciami, które wówczas były tam legalnym środkiem płatniczym. Po napchaniu dołączyła do mnie moja pierwsza narzeczona, która jakiś czas po tym stała się moją pierwszą żoną i śmignęliśmy do słonecznej Hiszpanii.

Na słonecznym klimacie kładł się cieniem termin powrotnej wizy tranzytowej przez Francję. Skończyła się skubana w połowie wycieczki. Trzeba było ją przedłużyć. Ale jak? To proste. W kiosku ruchu kupiłem długopis. Igłę miałem ze sobą. Wyrwałem końcówkę wkładu i maczając w tuszu czubek igły piksel po pikselu nanosiłem zmiany na  wizie. To była koronkowa robota. Musiałem przerobić nie tylko miesiąc, ale pokryć nowym kolorem całość tekstu, tak żeby zmiany nie rzucały się w oczy. No i którejś pięknej nocy zawitaliśmy do wspomnianych budek. Czemu w nocy? Wykombinowałem, że w nocy urzędnicy będą śpiący i nie będą zbyt uważnie przyglądać się wizie. Czy morzyła ich senność tego nie wiem, wiem, że bardzo się nudzili z braku klientów, więc mogli, choćby dla rozrywki, poświęcić wiele czasu na weryfikację mojego dokumentu. Na dodatek w tym czasie separatyści Baskijscy urządzili kilka zamachów i Francuzi chcąc uniknąć rozlania się zamieszania na ich teren sprawdzali wszystkich ze zdwojoną czujnością. Może to, że przedwcześnie osiwiałem było spowodowane stresem pod tą kamienną budką?

Tak, tak, budkę zapamiętałem bardzo dobrze. 

d7

Dość wspomnień. Trzeba pomyśleć o przyziemnych potrzebach. Wbijamy w mijanym miasteczku do marketu. Krzych zostaje na straży dobytku, a my z Olkiem ruszamy po sprawunki. Mogę jeszcze na chwilkę powrócić do czasów kamiennej budki? Wówczas taki sklep odwiedzany gdzieś na "zachodzie" wydawał się niewyobrażalnym luksusem w porównaniu do najwspanialszych nawet samów Spółdzielni Spożywców Społem czy Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. Nie wiem jak inni, ale ja czułem się zagubiony wśród półek z kolorowymi opakowaniami kryjącymi nieznane frykasy. Teraz wpadliśmy do marketu jak u siebie. Chleb, coś z wędlin, warzywa, owoce, woda, mielone mięso do spaghetti... Wszystko? Jeszcze herbatniki (miło się je chrupie z marmoladą na zakończenie posiłku), po puszeczce coca-coli (miło się pije jak żoneczka nie widzi) i możemy lecieć.

Trochę się zeszło z zakupami. Już południe, a my dopiero urwaliśmy ze 150 km (dla pewności można rzucić okiem w rozpiskę naszego nadwornego kronikarza i statystyka). Gdzie dalej? Teraz ja wykorzystuję przynależne prawo wskazania miejsca do odwiedzenia. Lecimy do Barcelony zobaczyć bazylikę Sagrada Familia. Żeby być zupełnie ścisłym jest to bazylika mniejsza Templo Expiatorio de la Sagrada Familia, co na polski przekłada się jako Świątynia pokutna Świętej Rodziny. Na obrazkach pewnie każdy widział. Ja też, ale zobaczyć na własne oczy to zupełnie co innego. Można rzecz, jak pewien Amerykanin oglądają kiedyś Pałac Kultury w Warszawie: Niewielki, ale ekstrawagancki :-)

Tom-Tomek doprowadził nas pod sam kościół. Trochę obawiałem się przebijania przez miasto w korkach i upale, ale wcale nie było źle. Szerokie ulice doprowadziły nas prawie do celu, a w bocznych przebijaliśmy się tak jak dziesiątki innych motocykli i skuterów.

Do środka nie udało się nam zajrzeć. Bilety trzeba kupować z wyprzedzeniem. Dziś (środa) sprzedają je na sobotę. No to mamy odhaczone dwa punkty. Został jeszcze typ Krzycha. Ciekawe co wymyśli. 

d7

Jak się okazało Krzych miał gotowy plan na wykorzystanie swojego typu miejsca do odwiedzenia. Tym razem to nie obiekt architektury sakralnej tylko plaża w kurorciku oddalonym od Barcelony o kilkadziesiąt kilometrów. Tu kiedyś spędzał urlop z rodziną. Nie mógł wtedy przypuszczać, że PRL tak się rozwinie, że jako emeryt snując się na urlopie (emeryt na urlopie?) po Europie na motocyklu wpadnie tu zażyć odświeżającej kąpieli. Komu wtedy mogła przyjść do głowy taka myśl?

d7

Dojechaliśmy do samej plaży. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew... Morza szum i złota plaża były. Śpiewu ptaków nie słyszeliśmy, ale komu by się chciało śpiewać w taki upał. Schnąc po kąpieli rozłożyliśmy na trawniku kuchnię. Mielone mięso należało podsmażyć, raz żeby dotrwało do wieczora, dwa żeby na biwaku szybko upichcić obiad.

d7

Kaszubscy Junakowcy obdarowali nas koszuklami z limitowanej edycji dzikowiskowej. Tu Krzych prezentuje się w takiej koszulce pod palmą w Hiszpanii :-)

d7

Czas ruszać. Ta Hiszpania to spory kraj. Ujechaliśmy ze dwie stówy, a prawie tego nie widać na mapie. Dziś musimy dolecieć gdzieś do połowy. Zbiórka. Jeszcze stówka wzdłuż wybrzeża z czego kawałek autostradą. Mają tu autostrady płatne, oznaczane jako AP i niepłatne z oznaczeniem A. Ponieważ nam na autostradach nie zależy, a na płatnych to już zupełnie, wybieramy opcję A. Olek narzeka, że jeszcze chwila autostradą, a uśnie. Odbijamy drogą krajową w interior. Droga wiedzie przez niewysokie góry. Zakręty, zjazdy, podjazdy, małe miasteczka... coś dla motocyklistów. Na dodatek dobra droga. Widać, że do dróg się przykładają.

Krótki postój w opuszczonej wiosce. Pięknie tu. Oprócz nas nie ma żywego ducha, tylko my i duchy dawnych mieszkańców.

d7

Czy tu czas się zatrzymał?

d7

Pod wieczór Krzych stwierdza, że nastaje ciemność. Niby nic wielkiego, tak jest zawsze pod wieczór, ale tym razem ściemnia się nie tylko na dworze, ale również w Krzychowym reflektorze. Już się ledwo bździ. Czas zarządzić postój połączony z serwisem elektrycznym. Rozdzielamy się na moment. Szukamy biwaku. Olo leci do przodu, ja cofam się kilkaset metrów. Krzych czeka. Po kilku minutach spotykamy się znowu w komplecie. Olek znalazł coś wśród drzew, ja na łysym polu. W obu miejsca zalatuje hodowlą świń. Wybieramy drzewa. W między czasie zrobiło się prawie ciemno. Bierzemy Krzycha w środek. Olo prowadzi. Skręcamy w drogę szutrową, mała górka, kilkaset metrów od drogi i jesteśmy na miejscu.

Tym razem Olo ma dogodne miejsce na namiot. Równo, gleba twarda, ale za pomocą siekierki szpilki da się wbić. My z Krzychem rozkładamy tylko materace i śpiwory. Na dróżce widać światła samochodu. Koło naszego biwaczku zatrzymuje się Land Rover, z którego wysiada lokales. Komunikacja słaba jak przez łącza międzymiastowe w PRL. On tylko kilka słów po angielsku, my jeszcze mniej po hiszpańsku. Jednak gdy obie strony wykazują się dobrą wolą da się radę porozumieć. Sympatyczny pan pracuje w fabryce, którą musieliśmy mijać kilkaset metrów wcześniej. Zauważył, że jeden z nas nie ma świateł i przyjechał żeby sprawdzić czy nie potrzebujemy pomocy. Miły gest. Dziękujemy komunikując, że temat ogarniamy.
 
Czas przygotować coś na ząb. Dziś szef kuchni (to ja) poleca spaghetti z mięsem i pastą pomidorową. Da się zjeść. Głód to najlepsza przyprawa. Jeszcze herbatniki z herbatą i gotowe.
 
Ledwo udało się odciągnąć Krzycha od motocykla i wmusić w niego obiadek, tak był zaaferowany usterką. Po obiedzie kończył naprawę. Wyciągnął z kufra zapasowy alternator i po krótkiej chwili i kilku groźnych warknięciach w kierunku niesfornych kluczy, opornej zębatki i innym przeszkodom dynamo siedziało na miejscu. Teraz odpalenie silnika i stała się jasność.
 
Znowu światła samochodu. To raz jeszcze pan z fabryki. Oświadcza, że do 6 rano to on jest bossem z fabryce i zaprasza nas na prysznic i kawę. I tym razem grzecznie odmówiliśmy i serdecznie podziękowaliśmy za troskę. Jutro musimy ruszyć bladym świtem, a impreza pewnie by się ciągnęła długo w noc, kto wie czy nie do momentu gdy nasz pan nie utraciłby funkcji bossa.
 
Syci wrażeń zalegamy w śpiworach. Sen przychodzi nie wiadomo kiedy.

<< dzień 6   dzień 8 >>