dzień 6 - Francja na klifie

Bladym świtem jakieś ptaszyska rozdarły dzioby i narobiły takiego hałasu, że nie było mowy o spaniu. Nie, nie skarżę się, wręcz przeciwnie. Koncert był przedni i pobudka dzięki temu miła. Po prostu jestem przyzwyczajony do innych odgłosów, które mnie budzą z rana. U mnie za oknem tuż przed piątą rozlega się zazwyczaj miły uchu pomruk dużych diesli. To ranne miejskie ptaszki - zaopatrzenie dla Tesco i pierwsze autobusy.

Na okoliczność wczesnej pobudki Olkowi przypomniał się znajomek słynący z tego, że kładzie się późno, a wstaje wcześnie. Pytany czy nie potrzebuje więcej snu wyjaśnił, że spać nie lubi, bo śnią mu się wtedy wszystkie rzeczy, których nie może mieć. Mnie takie koszmary nocne nie gnębią. Może to kwestia małych oczekiwań?

Serwis motocykli zrobiony wieczorem więc z rana tylko śniadanko, pakowanie i w drogę.

W południe stajemy w jednej z mijanych miejscowości. Naszła nas ochota na kawę. Spokojne francuskie miasteczko z pewnością zaspokoi takie pragnienie. Parking jakby specjalnie przygotowany dla nas.

d6

d6


d6

Jest i knajpka. Czemu tu tak pusto? Przygotowują się do południowej sjesty. Na szczęście zdążyliśmy zamówić tuż przed zamknięciem. Kolejni chętni zostali odprawieni z kwitkiem.

Olek stawia - dziś są jego urodziny. Jak ten czas biegnie. Widać to zarówno po mnie, bo takie konstatacje są domeną ludzi starszych, jak i po Olku. Pisałem już kiedyś o tym (pamiętam o tym, co świadczy, że z moją pamięcią nie tak źle, więc może jeszcze nie jestem taki stary jak mogłaby o tym świadczyć siwizna), ale na okoliczność urodzin przypomnę. Było to trzydzieści parę lat temu. Nasz wspólny Ojciec poprosił mnie żebym przez kilka godzin zaopiekował się prawie dwuletnim Olkiem. Mieszkali wtedy (to temat na osobną opowieść) w barakowozie po środku Grójeckich sadów. Barakowóz był kiedyś zapleczem technicznym i wyposażony był w dziesiątki małych szafeczek. "Piotrusiu, gdybyś czegoś szukał zapytaj Olka, a on ci pokaże gdzie to jest schowane." Postanowiłem sprawdzić czy Witek nie przesadził. Przez blisko godzinę bawiliśmy się z Olkiem. "Olo, gdzie jest cukier?" Mały szkrab podchodził do którejś z szafek, zadzierał łepetynę i pokazywał palcem. "Tu?" Wskazywałem na drzwiczki. Kręcił głową. "Tu?" pokazałem rząd wyżej. Tym razem kiwał potakująco. "A gdzie jest mleko w proszku?", "A gdzie są ścierki?", "A gdzie jest papier?"...  Stuprocentowa skuteczność :-) Od tego czasu wyrósł, ale pamięć i zamiłowanie do porządku nie zmieniły się. 

d6

Jedziemy i jedziemy, a do morza jeszcze kawałek. To wszystko za sprawą bocznych dróg. Prawie każde skrzyżowanie ma formę ronda. Czasami skrzyżowania są co kilkaset metrów więc średnia prędkość nie jest zbyt wysoka. Pod koniec dnia postanowiliśmy wspomóc się nieco autostradami. Najpierw A75 do lecącej równolegle do wybrzeża A9, która doprowadziła nas do Perpignan. Stamtąd boczkami do samego morza.

Odpoczynek na autostradowym parkingu.

d6

Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Zakręty jak na karuzeli, góra i dół jak na kolejce górskiej. Widoki wspaniałe. Słońce powoli zbliża się do horyzontu. Czas na znalezienie biwaczku. Odbijam w kamienistą dróżkę, która kończy się na urwistym brzegu. Wiatr, szum fal, dookoła pustka. To lubię :-)

d6

Olek trochę marudzi, bo kamienisty grunt nie pozwala na wbicie szpilek. Na nic siekiera. Rozstawienie namiotu bez szpilek nie mieści mu się w głowie. To budowlaniec. Jest projekt, trzeba budować zgodnie z nim. W projekcie namiotu jak byk stoi, że szpilki mają być. W końcu poddaje się i rezygnuje z dachu nad głową. Krzycha natomiast trudno byłoby namówić na namiot. Materacyk, śpiworek, pod głowę spodnie motocyklowe, na grzbiet kurtka i nocleg gotowy. Gdzie ten Krzych z Grecji drżący na myśl o biwaku na dziko? Dorósł. Na temat tego czy dorósł jeszcze przyjdzie nam dyskutować w przyszłości. Nie chciał rozkładać namiotu nawet wtedy gdy temperatury spadały nocą w okolice zera.

Dziś jest ciepło. Wystarczy się przytulić gdzieś za krzakiem szukając osłony od wiatru i zagrzebać w śpiworze. Dobranoc.


<< dzień 5   dzień 7 >>