dzień 5 - Francja na polance

Miała być wyprawa, tymczasem trudno to nazwać inaczej niż wczasy rodzinne lub sanatorium :-) Spanie w pościeli, prysznic, pyszne i urozmaicone posiłki, wino w szkle... Ciężko się rozstać i opuścić gościnne progi. Ale mus to mus. Pakujemy graty, poprawiamy to i owo przy motocyklach i jesteśmy gotowi. Właśnie zaczęło padać. Nawet przyroda mówi: Zostańcie. Gdzie wam będzie lepiej? Jednak nieznane wzywa. Czas się żegnać. Jeszcze przeciwdeszczówki na grzbiet i jesteśmy gotowi.

d5

Bogi odprowadza nas do francuskiej granicy. Uściski, ostatnie pożegnania i ruszamy na zachód. Na sat24.com wypatrzyliśmy, że front przesuwa się z północnego zachodu na południowy wschód. Za 200 km chmury się kończą. Nie ma co marudzić. Im szybciej pojedziemy tym szybciej przebijemy się na drugą stronę.

d5

Trochę popadało i przestało. Jeszcze słońce nie wyszło z za chmur, ale Olo już ściągnął przeciwdeszczową kurtkę. Ja jeszcze trochę poczekam. Chłodny wiaterek przebiłby się z łatwością przez siatkową kurtkę. Poczekam na upały. Jedziemy wszak do ciepłych krajów. Francja, Hiszpania, nie mówiąc o Maroku słyną z pięknej i upalnej pogody. Jak się okazało piękna i upalna pogoda przeniosła się w tym czasie do Polski gdzie termometry pokazywały 35 stopni. Tu na razie jest połowa. 

d5

Lecimy przez piękne tereny. Omijamy główne drogi i podziwiamy malownicze wioski. Niestety nikomu nie przyszło do głowy, aby wyciągnąć aparat. Gapimy się.

Po trzech godzinach przebiliśmy się na drugą stronę. Można schować ortaliony.

d5

Od dziś nie mamy konkretnych planów. Jedziemy ile chcemy, a chcemy jak najwięcej, więc ciągle jedziemy. Śpimy tam gdzie nas zastanie wieczór. Jemy to na co mamy ochotę. Słowem zero stresu. To tygrysy lubią najbardziej. Jeżeli przed wyjazdem mieliśmy jakiekolwiek wątpliwości czy Olek wpasuje się w nasz styl podróżowania, to teraz już wiemy. On lubi styl dokładnie taki jak nasz. Nic dziwnego, przecież to rodzina.

Krzychowi tak się podoba trasa, że nic nie jest w stanie popsuć mu humoru. Tu cieszy się jak dziecko z lizaka wymieniając pękniętą linkę gazu. 

d5

Chwila przerwy. Gorąca herbata, kanapki, a na deser herbatniki z marmoladą.

d5

Zbliża się wieczór. Czas na poszukiwanie biwaczku. Akurat minęliśmy szeroką dolinę rzeki i wspinamy się na wysoki brzeg porośnięty lasem. Odbijamy w wąską asfaltową dróżkę. Las, polany, opuszczone zabudowania, sad, ani śladu miejscowej ludności. Tu będzie dobrze. Na chwilę rozdzielamy się. Penetruję z Krzychem leśną drogę, a Olek leci jeszcze kawałek dalej. Jak tam? U nas wąska dróżka i las. Za kilkaset metrów znalazłem polanę. Dobry wjazd. Wybieramy polanę. Krzych marudzi chwilę nie mogąc uruchomić silnika. Co tam Krzychu? Kopajka kręci się na wałku startera.

Po kwadransie biwak gotowy. Dziś na ciepło smażona na oliwie papryka i kiełbaski z grilla. Olo ma w przepastnym bagażu tyle rzeczy, że i grill się znajdzie, a dla mnie krzesełko turystyczne, żebym mógł wyprostować kontuzjowaną nogę.

d5

Motocykle schowane w krzakach.

d5

Nie tylko my chowaliśmy tu motocykle. A gdzie schowali się motocykliści? Krzych ledwo powstrzymał się przed przygarnięciem smakowitych resztek.

d5

Krzychu, co z kopają? Może trzeba przeprowadzić drobny serwis? Najpierw próba poprawienia przecięcia. Brzeszczot w ruch. Nie pomogło. Wieloklin na wałku i wewnątrz otworu dźwigni jest zużyty na tyle, że omyka się. Zanim zdążyłem zaproponować zamianę dźwigni z mojego motocykla Krzych złożył zamówienie na dostawę części. Konkretnie, to poskarżył się na swój los na liście DJ. Nie minęło 5 minut, a machina logistyczna została puszczona w ruch. Działania koordynował Levis. Jego kumpel z pracy za trzy dni leci służbowo do Gibraltaru i podejmie się roli kuriera. Robson organizuje części, a Emir będzie dyskretnie pomagał przy ich przenoszeniu na pokład samolotu. Krzychu, czy mógłbyś mi zamówić linkę prędkościomierza i butapren? Pewnie, już poszerzam zamówienie. Ech, ta nieoceniona dzicza pomoc :-)

Krzych zadowolony z zamieszania jakie wywołał zaczął szykować się do snu. Namówiłem go jednak na próbę zamiany dźwigni. Niechętnie przystał na mój pomysł. Ja też niespecjalnie wierzyłem w szansę powodzenia. Jednak ku naszemu zdziwieniu technika była po naszej stronie. Mój w miarę niezużyty wałek zazębił się ze zużytą Krzychową dźwignią. Moja w miarę niezużyta dźwignia zazębiła się ze zużytym Krzychowym wałkiem. Może jakoś dojedziemy do Gibraltaru bez konieczności odpalania junaka na pych? Czas pokaże.

d5

Teraz ząbki, paciorek i spać. Cisza, delikatny szum liści. W głowie jeszcze szumi dźwięk silnika, a przed oczyma przesuwają się obrazy drogi...


<< dzień 4   dzień 6 >>