dzień 4 - Schwarzwald

Leniwy poranek. Kąpiel, luksusowe śniadanie, drobne serwisy i zbieramy się na wycieczkę po Schwarzwaldzie. Bogi prowadzi malowniczymi drogami. Widać, że ma ten teren objeżdżony. Śmiga tu zarówno motocyklem jak i na rowerze. Wąska dróżka przez las wije się w górę ostrymi zakrętasami. Las się kończy i wdrapujemy się na grzbiet łagodnej góry. Dookoła wspaniałe widoki. Łąki i lasy po horyzont. Gdzieniegdzie samotne chałupy. Sielsko.

d4

fot. przypadkowy przechodzień

Krzych oddaje cześć swojemu junakowi. Przy okazji coś tam dokręca przy starterze.


d4

Ja w tym czasie podziwiam widoki.

d4

fot. Bogi

Nie samymi widokami żyje człowiek. Bogi w planie wycieczki ma też zabytki...

d4

fot. Bogi

... oraz coś dla pokrzepienia ciała. Odwiedzamy słynne miejsce znane wielu niemieckim turystom. Nieopodal kręcono serial "Die Schwarzwaldklinik" czyli Klinika w Szwarcwaldzie", a w tej knajpce posilali się fani profesora Brinkmanna i jego personelu medycznego, chcący zobaczyć w naturze filmowy plan.


d4

Ileż decyzji i istotnych rozmów prowadzili możni tego świata przy restauracyjnym stole. Niektóre z tych rozmów zostały nawet pieczołowicie zarejestrowane przez kelnerów, co w efekcie w istotny sposób wpłynęło na losy tych polityków, kelnerów, ich mocodawcy, restauratora i kraju. Nas nikt chyba nie nagrywał, choć tak nam się może tylko wydawać, ale istotną decyzję podjęliśmy. Ponieważ dziś jeszcze mamy w planach odwiedzenie Tytusa w Szwajcarii, a zrobiło się dość późno więc po misji pomocy junakowcowi nie damy rady ruszyć w dalszą trasę tylko wrócimy na nocleg do gościnnego domu Bogiego, odkładając start na następny dzień.

Wracamy na obiad, a po uczcie (zapiekane szparagi z szynką pod beszamelem) ruszamy do Szwajcarii. To krótki skok - około 120 km - za to przez malownicze góry. Trochę trzeba się powspinać i nawywijać na serpentynach.

Chwilę po osiemnastej docieramy do Tytusa. Wiozę dla niego iskrownik zregenerowany w Osiecku. Skąd się znamy? Znamy to oczywiście określenie nieco na wyrost, bo tylko korespondowaliśmy mailowo. Tytus mieszka w Szwajcarii i tu kupił junaka. Teraz doprowadza pojazd do stanu należnej mu świetności. Rozpoczął od rzeczy podstawowej czyli napędu. Nie chcąc uczyć się na swoich błędach i nie mając, jak mu sie wydawało żadnego doświadczonego junakowca w okolicy, zapytał Jacka czy nie podjąłby się uruchomienia silnika. Jacek to pytanie przekierował do mnie, a ja zaproponowałem żeby zamiast posyłać cały motocykl do kraju załatwić sprawę na miejscu. Słowem serwis z dojazdem do klienta. Oczywiście mogłem rzucić taką propozycję wiedząc, że Tytus mieszka praktycznie na trasie naszej wycieczki.


d4

fot. Ojciec Tytusa

Już po pierwszych słowach powitania czuliśmy się jakbyśmy się znali od dawna. Poznaliśmy też Ojca Tytusa. Junaki łączą :-) Plan powiódł się. Iskrownik trafił na swoje miejsce. Zapłon ustawiony, gaźnik przelany, Krzych oparł swoją mocarną prawą dolną kończynę na starterze i kilkoma energicznymi ruchami uruchomił maszynę. Jeszcze chwila pogawędki, rzecz jasna o junakach oraz naszych planach i ruszamy do domu. No dobra, do domu Bogiego, ale czuliśmy się tak jakbyśmy wracali do domu. 


d4

fot. Ojciec Tytusa

Ciemną nocą docieramy do Freiburga gdzie czeka na nas kolacja. Jeszcze długo siedzieliśmy z Bogim przy stole nie mogąc się nagadać. No dobrze, czas do łóżek. Dzień pełen wrażeń.


<< dzień 3   dzień 5 >>