dzień 3 - Freiburg

Świt, słonko, śpiew ptaków, szum drzew... No, z tym szumem to przesadziłem. W nocy wydawało nam się, że biwak zakładamy w lesie. W świetle dnia okazało się, że jesteśmy na środku sporego terenu dotkniętego jakimś kataklizmem, i nie był to tutejszy minister Szyszko, tylko prawdopodobnie wichura. Ze starych drzew pozostały fragmenty poprzewracanych pni.
 
d3
for. K54  Od lewej namiot Krzycha, moja norka i namiot Olka
 
d3
 
Jednak świt, słonko, śpiew ptaków i rozległy widok rekompensują brak drzew i ich szumu. Na jednej z karp zakładamy polową kuchnię. Jest i szum - to odgłos kuchenki, na której po chwili gotuje się woda na herbatę. Krzych wyciąga z przepastnych kufrów dżem ze świni (smalec) i znaną z zeszłorocznej wyprawy marmoladę. Wczorajsze emocje związane z wyjazdem opadły. Siedzę z kubkiem parującej herbaty rozkoszując się pierwszymi promieniami słońca. Taki poranek na biwaku to coś co tygrysy lubią najbardziej. Po minach widzę, że moi towarzysze myślą tak samo. Nie ma lepiej :-)
 
W czasie śniadania namioty obeschły z porannej rosy. Po kilkunastu minutach wszystkie graty mamy przytroczone do motocykli. Krzych jak zawsze spakował się pierwszy i teraz siedzi w pełnym rynsztunku "wywierając presję". Wspólnymi siłami zawracamy Olkowego vulcana.
 
Teraz kolej na mój motocykl. Zawrócić dam radę sam, gorzej z odpalaniem. Tydzień przed wyjazdem odwiedziłem gabinet ojca Langusty, który grubaśną igłą zrobił mi punkcję kolana wyciągając zeń szklankę płynu. To efekt wypadku, który miałem kilka tygodni wcześniej. Dostałem jeszcze jakiś zastrzyk i receptę na antybiotyk. Na koniec z poważną miną zapowiedział, że przez najbliższe 2-4 tygodnie powinienem ograniczyć chodzenie. Langusta to nasz Kamrat junakowy, więc jego ojciec wie, że pacjenci upychani przez syna w kolejce do jego przychodni nie zawsze stosują się ściśle do zaleceń. Przyznałem się, że za tydzień ruszam na wyprawę. Zrobił marsową minę i zalecił żebym kupił sobie czopera. Zamiast nowego motocykla przykręciłem spacerówki, na których mogę oprzeć wyprostowaną nogę. Dzięki temu kolano mniej boli no i mam (prawie) czyste sumienie, że stosuję się do zaleceń lekarza. Krzych nie pozwala żebym nadwyrężał nogę uruchamiając junaka. Sprawnym kopnięciem uruchamia mi silnik i jesteśmy gotowi do odjazdu. Na szosę wytaczamy się kwadrans po siódmej.

Przed nami nieco ponad 900 km do Bogiego. Początek przez przepiękne Morawy. Górki, dołki, lasy, pola, rzeczki... wspaniale. Myślę, że warto pomyśleć o pośmiganiu tu przez 2-3 dni kiedyś o tej porze roku. Uroki miejsca docenili czescy motocykliści. Sporo się ich tu kręci na nowych i starych motocyklach. Jawy, AVO, IŻ, CZ'tki. Do wyboru do koloru. Do tego minęliśmy kilka ciężarówek z minionej epoki, w tym Tatry w wersji pożarniczej. Miło popatrzeć. Jakby mało było atrakcji i widoków do podziwiania drogowcy postarali sie o uatrakcyjnienie wycieczki. Kilkanaście objazdów, w tym kilka bocznymi dróżkami, ale o poprawnej nawierzchni. Niektóre objazdy miały długość kilkunastu kilometrów. Zanim opuściliśmy Czechy dołożyliśmy do dzisiejszej trasy z 60 km.

Ponieważ plan na dziś mamy dość napięty więc mało stajemy. W okolicach południa krótka przerwa na tankowanie. Miało być krótko, ale była to stacja należąca do sieci kupionej przez Orlen. Skąd to wiadomo? Cały wystrój wnętrza oraz gastronomia takie same jak u nas. W związku z tym nie mogłem sobie odmówić kawki i hot-doga, no i zamiast kilku minut wyszło pół godziny. Startujemy i po chwili skończyły się nam Czechy.

Przez Niemcy lecimy drogami krajowymi i wojewódzkimi. Autostrady omijamy. Nie bardzo wyobrażamy sobie junaki na autostradzie i to na długich dystansach. Freiburg leży pod francuską granicą. Przed nami całe Niemcy. Na początku tereny dawnego NRD. Dawno znikły już ślady Trabantów i Wartburgów. Ciężko poznać gdzie kończy się NRD, a zaczyna NRF (dawniej dwa kraje w Europie na "N"). Kontaktujemy się z Bogim. Wstępnie anonsujemy nasze przybycie na 22-23. Jednak już późnym popołudniem widzimy, że dotrzemy raczej po północy. Bogi nie pęka i zaleca ostrożną jazdę.

Po drodze wpadamy do Ulm. Tu Olek zarządził realizację przynależnego mu prawa wyboru miejsca do odwiedzenia. Miejscem tym jest katedra w Ulm. Z braku czasu zadowolić się musimy kilkoma rzutami oka z zewnątrz. Robi wrażenie. Wieża ma 160 metrów. Na początku XX wieku katedra była najwyższym budynkiem na świecie, a do dziś jest najwyższym kościołem. Na chwilę zostawiliśmy Krzycha na straży dobytku i pognaliśmy żeby zobaczyć tę imponującą budowlę od frontu.
 
d3
fot. K54

Duża rzecz. Budowa trwała z przerwami od 1377 do 1890 roku. Podczas nalotów alianckich w końcówce drugiej wojny światowej zniszczeniu uległo ponad 80% zabudowy śródmieścia Ulm, w tym najbliższe otoczenie katedry, która została zachowana. Można się zachować? Można.
 
d3
fot. Olek
 
Jeszcze tylko odwiedziny na pobliskim cepeenie po paliwo i bezpieczniki. Dziś trzy razy traciłem prąd. Padał bezpiecznik. Z braku czasu nie szukałem przyczyny tylko zmieniałem co przynosiło pożądany efekt. Teraz padł po raz czwarty, a ja nie mam już zapasowych. Ta wymiana była ostatnią. Od tego momentu problem znikł więc na biwaczkach nie traciłem czasu na poszukiwania. Ciekawe co to było?
 
Ostatnia setka, lecimy. Po północy jesteśmy u celu. Gościnność nie do opisania. Może dla tego, że jest to połączenie gościnności śląskiej i polskiej? Panią domu widzimy po raz pierwszy w życiu, choć jadaliśmy już jej ciasta na zlotach w Harzu, a po dziesięciu minutach czujemy się tak jakbyśmy odwiedzili starych znajomych. Co tam znajomych, rodzinę :-) Mimo późnej pory na stół wjeżdża kolacja. Siedzimy, gadamy, jemy, gadamy, gadamy...
 
d3
fot. Bogi
 
d3
 
Czas do łóżek. Jutro, a właściwie dziś, też jest dzień i to pełen atrakcji. 960 km trasy plus widoki plus kolacja to niezła pigułka nasenna. Przykładam głowę do poduszki i po chwili od kilku chwil śpię.