do 3 razy sztuka?

W gorący środowy wieczór ruszam w delegację do Jastrzębia Zdroju. Mimo, że ruszam kwadrans po siódmej upał jest taki jaki mieliśmy w Maroku. Uff jak gorąco. W okolicach Rawy Mazowieckiej, dobrze po ósmej, termometr wskazuje 32,5 stopnia powietrza i 37 drogi. Zatankowałem przed wyjazdem więc paliwa starczy aż do celu. Na "gierkówce" ruch niewielki. Leci się dobrze. Postanawiam, że pokonam trasę bez zatrzymywania. Pierwszych 160 km poniżej 2 godzin. Potem nie było tak łatwo. Od Radomska, aż do Częstochowy budowana jest autostrada po śladzie starej drogi. Tu 16 km zajmuje pół godziny. W efekcie średnia prędkość spada. 320 km zajmuje 4,5 godziny.

Nazajutrz powrót. Tym razem wybieram drogi wojewódzkie przez Koniecpol, Przedbórz, Nowe Miasto i Końskie. Bajka!!! Cieplutko, ale nie upalnie (choć raz widziałem na termometrze temperaturę jezdni 57 stopni), pustawo, słońce... nie ma lepiej.

W Drzewicy z błogiego nastroju wyrywa mnie auto jadące z przeciwka. Ni z tego, ni z owego skręca w lewo wprost przede mną. Kierowca musiał mnie zauważyć w ostatniej chwili, bo gwałtownie hamuje i staje w połowie mojego pasa jezdni. Na szczęście zostawił mi do dyspozycji pół mojego pasa. Musiał się nieźle przestraszyć, bo długo widziałem go w lustrach stojącego na środku jezdni.

W Grójcu kolejne polowanie. Na rondzie mam jechać na wprost. Nagle auto nadjeżdżające z prawej nie hamując wpada na rondo tuż przede mną. Na szczęście jechałem na tyle wolno, że hamując odbiłem w lewo i niedoszły morderca przeleciał mi tuż przed nosem.

Zacząłem się zastanawiać czy nieszczęścia (a może szczęścia?) chodzą parami czy też do trzech razy sztuka. Na szczęście trzeciego razu nie było i w jednym kawałku wróciłem do domu.