dzień 2 - start

Gdy w domu wstaję z łóżka wyposażonego w specjalny materac zazwyczaj czuję ból w plecach. Ciekawe, że gdy wygrzebuję się z norki i śpiwora na wyjeździe dolegliwość znika. Może to wpływ jazdy na junaku? Wibracje? Specyficzna postawa? Może to spanie na twardym podłożu? Brak poduszki? Nie wiem, ale fakt jest faktem.

Mimo, że dziś niedziela zrywam się wcześnie. Większość jeszcze śpi, ale jest też mniejszość, która jeszcze nie dotarła do łóżek. Słowem udana impreza :-)

d2
fot. Marcin Sz

Krótki spacer po okolicy, prysznic i zwijanie maneli. Powoli Dzikowisko budzi się do życia.

d2
fot. Krzysztof F  Kobiety zaczynają dzień od poprawy fryzury - Siostra z bratanicą

d2
fot. Krzysztof F  Mężczyźni zaczynają dzień od ploteczek

d2
fot. Krzysztof F  Poranna kawa

d2
fot. Krzysztof F  Poranny papierosek

d2
fot. Krzysztof F  Zadumany Olek. Czyżby myślami był już gdzieś w trasie?

d2
fot. Krzysztof F  Po śniadaniu zaplanowany jest wypad po okolicy i zwiedzanie jednego z pobliskich zamków. Z minuty na minutę narasta dźwięk silników w okolicy bramy - formuje się kolumna.

d2
fot. Krzysztof F

d2
fot. Krzysztof F  Porządku pilnują i ułatwią nam przejazd przez skrzyżowania Kamraci z czapteru UĆ (dla niezaznajomionych z terminologią dodam, że jest to czapter z Miasta Meneli).

d2
fot. Krzysztof F

d2
fot. Krzysztof F  W razie problemów technicznych jedzie z nami fabryczny serwis.

d2
fot. Krzysztof F  Tłum jak za starych czasów na giełdzie samochodowej

d2
fot. Krzysztof F

d2
fot. Krzysztof F  Lekcja historii w plenerze

d2
fot. Krzysztof F  Po powrocie obiad i część sportowo-rozrywkowa

d2
fot. Krzysztof F

d2
fot. Krzysztof F  Kto zostanie ustrzelony?

d2
fot. Krzysztof F  Czym skorupka za młodu nasiąknie...

Jeszcze ostatnie rozmowy i musimy się zbierać. Jutro wieczorem mamy być we Freiburgu, a to ponad 1100 km drogi. Dziś chcemy z tego urwać choć ze dwie stówy.

d2  
fot. Krzysztof F

Klamka zapadła. Startujemy. Lecimy z RAV'em, jego synem i Starym WSK'arzem do pobliskiego kościoła na mszę i po błogosławieństwo na drogę.

start
fot. Krzysztof_F

Olo mimo, że nie na junaku i pierwszy raz na Dzikowisku wyglądał na zadowolonego. Humoru nie popsuło mu nawet pytanie jednego z Kamratów, który na widok zapakowanego Vulcana zapytał: TYM JEDZIESZ?

Jak to się stało, że zapomnieliśmy o Olku? To z powodu stresu przedwyjazdowego. Odpaliliśmy i dzida. Tymczasem Olo jeszcze się mościł na kanapie i żegnał z nowo poznanymi Kamratami. Na szczęście zapamiętał podczas wycieczki gdzie jest kościół i dołączył do nas po kilku minutach. Przestroga na przyszłość - trzeba pilnować całości peletonu.

start
fot. Krzysztof_F

Ostatnie pożegnania przed kościołem i zbieramy się w drogę. Co przed nami? Kto to wie? Plan da się streścić w kilku punktach: (1) Dystans około 9.000 km (2) Nocleg z niedzieli na poniedziałek u Bogiego we Freiburgu (3) Serwis junaka Tytusa pod Zurychem w poniedziałek (4) 2 tygodnie na wszystkie atrakcje (5) Jedziemy, nie zwiedzamy (6) Cel Maroko

d2
fot. RAV

Startujemy około siódmej. Musimy jeszcze wpaść do jakiegoś kantoru, bo Olek lubi szelest gotówki. Krzych przemyślnie ma parę eurosi w kieszeni. Ja zazwyczaj staram się postępować jak Tysus de zoo. Pamiętacie dialog z księgi VII?

lokaj: Pana bagaż, sir?
Tytus: O, ja podróżuję tylko z książeczką czekową.
lokaj: Jeśli pan czegoś sobie życzy, proszę dzwonić. Kąpiel przygotowana.
Tytus: Senkju, haraszo, mersi!!

Mam takie samo podejście, z tą różnicą, że nie liczę na przygotowaną kąpiel. Lecimy w kierunku Katowic. W M1 w Czeladzi Olek ogarnia sprawy finansowe oraz zakup kąpielówek, ja zakup GPS'a (mój stary Tom-Tom właśnie wyzionął ducha), Krzych "pastylki na pamięć" (2x32GB), a wspólnie coś do przygotowania kolacji i śniadania. Na parkingu chwilę gaworzymy z motocyklistą dosiadającym BMW GS. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć, że tymi motocyklami wybieramy się w tak długą trasę.

Kierunek Żory, potem kawałek autostrady do granicy z Czechami i odbijamy na zachód. W między czasie zrobiło się ciemno. Na szczęście od kilku lat śmigamy z Krzychem produkując prąd dynamami więc jest czym przyświecać. Tak wydaje się nam teraz. Do tematu świecenia jeszcze wrócimy, ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Po zmroku zrobiło się też chłodno. Czas pomyśleć o noclegu. Przełączam Tom-Tomka w tryb dzienny z opcją widoku mapy. Dzięki temu można wypatrzeć gdzie w okolicy są lasy. Jeden dość spory kompleks jest przed nami za około 20 km. Strzałka na mapie zbliża się do zielonej plamy. Teraz zwiększam czujność i nieco zmniejszam prędkość tak żeby móc dostrzec boczne leśne drogi. Jest!!! Odbijamy w lewo zanurzając się w stary sosnowo-świerkowy las. Ścieżka dość twarda i bez błota. Pojedyncze kałuże groźnie wyglądają w świetle reflektorów, ale dno mają żwirowe. Staram się odbić kawałek od szosy i znaleźć boczną dróżkę, tak żeby nie rozbijać biwaku przy głównym dukcie. W lustrze obserwuję światło Krzycha. Jedzie. Jest boczna ścieżka i po 50 metrach dogodne miejsce na rozbicie namiotów. A gdzie Olek? Krzych melduje, że znikł dosłownie minutę temu. Wędruję na piechotę i po kilkuset metrach znajduję zgubę. Jednak kawasaki vulcan to nie to samo co lekki i zwinny junak. 300 kg ma swoje prawa i ograniczenia. Myślę, że niewielu użytkowników takich motocykli śmiga nocą po gruntowych nieznanych dróżkach. Olo nie pęka. Stanął na chwilę żeby rozpoznać drogę i teraz rusza w kierunku postoju.

<< dzień 1  dzień 3 >>