dzień 1 - Dzikowisko

dzień #1 piątek 31 maja

Doroczne spotkanie junakowców zwane Dzikowiskiem w tym roku ma "okrągły" numer XXII co dostrzec można w notacji arabskiej (nomen omen): 22. Spotkanie tym razem przygotowali kamraci z czapteru Śląsk. Jura Krakowsko-Częstochowska zaprasza.

Swoją drogą na etapie przygotowań miał miejsce zabawny i dość nieprawdopodobny przypadek. W kwietniu zaoferowałem Tomkowi (jeden z organizatorów Dzikowiska) pomoc w przygotowaniu znaczków. Tomek trochę zwlekał z przekazaniem propozycji grafiki i w końcu przysłał projekt tuż przez długaśnym weekendem majowym. Posłałem zapytanie do firmy POLMET, z której usług korzystałem kilkukrotnie i zawsze byłem z nich niezwykle zadowolony. Szybkość, skuteczność i pełen profesjonalizm, oto ich dewiza. Tym razem pytanie wpadło jak kamień w wodę, jednak czekałem cierpliwie zakładając, że mogli zrobić sobie majowe wolne. Tomek jednak niecierpliwił się i na nic zdały się zapewnienia, że ten wykonawca nigdy nie zawodzi. Nie wytrzymał psychicznie i uderzył do swojego sąsiada, który zajmuje się znaczkami. Pokazał mu projekt i jakież było jego zdziwienie gdy okazało się, że sąsiadem tym jest właściciel POLMET'u, który projekt znakomicie znał i zdążył już dostosować do wymagań swoich maszyn. Świat jest mały :-)

Krzych na Dzikowisko wystartował z gromadką kamratów z Mazowsza już we czwartek. My z Olkiem musieliśmy w piątek wypełniać obowiązki zawodowe. Umówiliśmy się po południu w okolicach Piotrkowa (Olo jest mieszkańcem miasta meneli, którego nazwę Kamraci z tamtejszego czapteru zapisują jako UĆ). Do miejsca spotkania polecieliśmy we dwóch z Damianem. Damian nie umie jeździć wolno. Czasami kończy się to destrukcją silnika, ale tym razem wszystko poszło jak z płatka. Inaczej było tuż po powrocie, ale o to zapytajcie Go osobiście. 

dojazd na Dzikowisko
fot. K54 Levis i Emir w drodze na Dzikowisko

Do celu dotarliśmy bez przygód, oprócz rozmowy pod sklepem, gdzie zaczepił nas gość chcący pochwalić się, że śmiga w dalekie trasy motocyklem. Lekko zbaraniał gdy usłyszał o naszych najbliższych planach i poprzednich eskapadach. Od razu spojrzał z należnym szacunkiem na Junaki.

Parkujemy na obszernym placu i pędzimy prosto do biura tego radosnego bałaganu. Tomek w otoczeniu pomagierek wszystko ogarnął w mgnieniu oka. Tu plakietka, kolorowe paski na posiłki, koszulka, znaczki, rozbijacie się gdzie chcecie, właśnie pali się ognisko i czekają kiełbaski, tu plan imprezy, jutro z rana śniadanko (dla głodnych) i zbiórka na wycieczkę (dla trzeźwych), bawcie się dobrze :-) Jakżeby mogło być inaczej. Wokół tłum dziewczyn, chłopaków, panów, pań i drobiazgu obu płci. Sporo uczestników ściągnęło z całymi rodzinami. To się nazywa spotkanie. Z pozlotowych statystyk wynikało, że przewinęło się w sumie około 250 osób. Naliczono też 115 junaków. Ponoć jeszcze kilka, których właściciele mieszkają w okolicy, dołączyło tylko na chwilę. Taki wyśrubowany rekord będzie trudny do pobicia. Serce rośnie.

d1
fot. Krzysztof F  mali i duzi wszyscy z uśmiechem (na buzi)

Wszędzie jak okiem sięgnąć junaki.

Dzikowisko

Dzikowisko

Dzikowisko

Nie samymi junakami człowiek żyje, pojawiły się też osy. Dosiadająca jedną z nich motonitka miała talię jak osa. Nie można się było napatrzeć i napodziwiać, ale z daleka, bo towarzyszył jej facet na junaku, a to zawsze budzi respekt. Do tego czapter Krzyżacki wystawił silną reprezentację na jawach z zaprzęgami., Pojawił się kadet (dotarł na kołach z Warszawy) i pewnie jeszcze jakieś smakowitości, ale w natłoku wrażeń nie zapamiętałem wszystkiego.

d1

Dzikowisko

Po dopełnieniu formalności pobiegliśmy z Olkiem na ognisko. Dokładnie rzecz biorąc chcieliśmy pobiec, ale był to bieg z jakże miłymi przeszkodami. Tylu znajomych i z każdym chciałoby się zamienić choć kilka zdań. Na dodatek większość wiedziała o naszych tegorocznych planach i poprzednich wycieczkach więc tematów do rozmowy nie brakowało. Olek był wyraźnie poruszony tym żywym zainteresowaniem. Mnie robiło się coraz cieplej wokół serca i nie był to objaw choroby wieńcowej tylko reakcja na gorące przyjęcie.

d1
fot. Krzysztof F

Szukaliśmy też Krzycha, ale zaszył się gdzieś na wielkim terenie ośrodka i trudno go było namierzyć. W końcu dostrzegliśmy jego śmiejąca się gębę - otaczał go wianuszek rozmówców z za których ledwo dało się go dostrzec. Ale nie dałem się nabrać na ten uśmiech. Z pewnością był szczery, ale w oczach widziałem pewien niepokój. Znam tego typa jak własną kieszeń. Wiedziałem, że niepokój ten zniknie zaraz po tym jak nazajutrz skierujemy junaki na zachód.

Dobrze po północy zasunąłem zamek norki i po kilku sekundach pełem wrażeń dzień się skończył.

<< przygotowania  dzień 2 >>